Powstańcze wspomnienia – Warszawa 1944

Pamięci Eiżuni Scheing – „Ciareczki” wychowanki Prywatnego Gimnazjum i Liceum im. Królewny Anny Wazówny w Warszawie, zamordowanej przez Gestapo w 1943 roku.

W czerwcu 1944 roku matura (świadectwo dojrzałości wystawione w czerwcu następnego roku przez Kuratorium Łódzkie) uwieńczyła dwuletnią naukę na tajnych kompletach, prowadzonych przez wspaniałych pedagogów jednej ze znakomitych szkół warszawskich. Jej dyrektorka – ś.p. Helena Bursche, córka superintendenta Zboru Ewangelicko – Augsburskiego w Polsce zatroszczyła się dla nas nie tylko o nauczyciela religii rzymsko-katolickiej, księdza Wiktora Potrzebskiego, dyrektora Gimnazjum i Liceum im. A. Mickiewicza w Grodnie do września 1939 roku, ale także o nasz kontakt z Armią Krajową. Już we wrześniu 1942 roku wszystkie zostałyśmy zaprzysiężone, przeszkolone w Szpitalu Maltańskim, także w Podchorążówce. Wraz z czterema osobami zostałam przydzielona jako łączniczka do majora Wołka (Kazimierza Karaszewskiego). Przez dwa lata pełniłyśmy naszą funkcję przenosząc meldunki, rozkazy i inne materiały – każda na swoim odcinku, kontaktując się systematycznie ze sobą.

Wakacyjny gorący lipiec, spędzany we Włochach u drogiej mi Chrzestnej Krystyny, przerwany został wezwaniem do Warszawy, w której zobaczyłam odwrót wojsk niemieckich – przed pięcioma niespełna laty z rozpaczą i przerażeniem patrzyłam na butne, wkraczające do stolicy Polski oddziały Wehrmachtu. Ten odwrót Niemców stworzył w mieście nastrój równy opisanemu przez Mickiewicza: „O roku ów, kto ciebie widział wtenczas w naszym kraju…” Podniecenie, niepokój pomieszany z radością i nadzieją, wiadomość o godzinie „W”: powstanie rozpocznie się 1 sierpnia o godzinie piątej popołudniu! Powrót do Włoch, błogosławieństwo Chrzestnej: „idź dziecko, ale pamiętaj, że masz Ojca, który czeka na ciebie” (w „Warthegau”, za granicą „Generalnej Guberni!”). Słowa te może sprawiły, iż przez 62 dni kryłam głowę za barykadą, starałam się być czujna. Przyjazd do Warszawy: pierwszego sierpnia rano spotkania ze „swoimi”, koleżankami. Na Marszałkowskiej nasz ksiądz Potrzebski (ówcześnie Orłowski) pozdrowił mnie i pożegnał – już na zawsze zginął we wrześniu w IV rejonie Warszawa – Śródmieście Północ – spoczywa na Powązkach.

Pan Konstanty, dozorca naszego domu przy ulicy Wilczej, zamknął bramę przed godziną 17-tą, wszyscy mieszkańcy zgromadzili się na podwórku, także ja z moją ciocią Marysią. Na zewnątrz, w załomie bramy od strony ulicy byli już nasi chłopcy z opaskami na rękawach z literami AK – mieli broń!

Padają pierwsze strzały – z bliska i z daleka – stoimy przed wielką niewiadomą. W miejscu naszego zgrupowania pani Helena powiadamia nas, że po opanowaniu Warszawy pójdziemy wraz z Majorem na prawy brzeg Wisły w rejon Marek i Legionowa, aby tam organizować życie. Tymczasem będziemy robić wszystko, co aktualnie będzie potrzebne. Z mieszkania na Wilczej przechodzę bramami, piwnicami i pod barykadą przy Skorupki na kwaterę zgrupowania przy Marszałkowskiej 79. Są już pierwsze ofiary „gołębiarzy” strzelających z dachów do ludzi przechodzących przez ulice: Mariola nie schyla się, nie kryje za barykadą, pada trafiona w głowę! Młodziutka, śliczna Mariola – nie można uwierzyć w to, że już nie żyje! Jest nas pięć dziewcząt: Irka, Lusia, Baśka, Fliza i ja, pseudo Basta Chęcińska i nasza zwierzchniczka pani Roma.

Mija 2,3,4,5 sierpnia – nie idziemy za Wisłę! Czy w ogóle pójdziemy? Pocisk wali dom po przeciwnej stronie ulicy Wilczej, ginie pod gruzami Komendant Placu Warszawa Śródmieście-Południe – zostaje nim nasz major Wołk. My, jego łączniczki, pełnimy od tej chwili jego polecenia i pani Heleny, dowódcy WSK – Wojskowych Sił Kobiecych Armii Krajowej. Zostajemy zatem w Śródmieściu – jest ono naszym terenem. Nie sypiam już w domu u cioci Marysi, doglądam ją możliwie najczęściej, donoszę przydziałowe jedzenie. Mamy kwaterę na Marszałkowskiej, wodę bierzemy ze studni na posesji dochodzącej do Poznańskiej, kantyna jest na tymże podwórku. Jemy raz dziennie ciepłą zupę: pęcak, peluszkę – to pamiętam najlepiej. W naszym domu jest szpital, leżą w nim ranni, także chory nasz Tadeusz – Boruta. Dalej nie ma już we wspomnieniach chronologii – wydarzenia, obrazy, takty przeplatają się w nich w zupełnym nieładzie. Dołącza do nas „mała”, piętnastoletnia Janeczka (córka znanego profesora Politechniki Warszawskiej – uciekła z domu, uciekła z domu, aby walczyć z Niemcami), oddaje się pod moją opiekę, nazywa mnie „mamusią” – dzielimy się wszystkim, każdym kęsem chleba. Wszystkie pomagamy w szpitalu, pralni, kuchni, kwatermistrzostwie, gasimy pożary podając wiadra i naczynia z wodą, przenosimy meldunki, chodzimy „za Aleje” – między innymi do browaru Haberbuscha po jęczmień dla „cywilów”, którzy mielą go i robią placki „smażone” na wodzie. Dyżurujemy na punktach łącznikowych oczekując na meldunki, śpimy stojąc w oczekiwaniu na przejście przez wykop pod Alejami Jerozolimskimi, lub – nie śpimy w ogóle. Jemy coś z naszych przydziałów – na Hożej są duże magazyny żywności, odzieży etc. Opuszczamy zniszczone kwatery, otrzymujemy jedną wspaniałą, z bogatą spiżarnią i wodą w wannie, myjemy się więc – woda jeszcze spływa do kanalizacji. Na podwórkach są improwizowane sanitariaty – latryny polowe, osłonięte, jeżeli jest to możliwe lub wręcz odkryte. Rzeczy osobiste mamy chyba zawsze w plecakach – nie pamiętam dokładnie.

Walą się domy, pożary rozświetlają noce, chłopcy jeszcze mają nasłuch radiowy, jeszcze nadają sami – za chwilę trzeba już będzie uciekać, bo front domu runął. Ulice Jasna i Moniuszki są bardzo jasne! Gigantyczny pożar, „ocieramy” się o niego idąc na Złotą, widzimy jak wypala się wszystko z potężnej żelbetowej konstrukcji. Towarzyszy nam lęk, ale i upór, także nieświadomość i ryzyko, na pewno jednak zawsze pragnienie powrotu z każdej „wyprawy” do domu, czyli na kwaterę. Niestety już po kilku dniach przestałam wierzyć w to, że opanujemy miasto, że Niemcy wycofają się – miano mi to za złe – trudno! Myślałam jednak trzeźwiej niż inni.

Zginęła Maria przechodząc przez Aleje przy Kruczej.

Przybywa amunicji (zdobytej na Niemcach), ubywa jedzenia, giną ludzie – chłopcy i dziewczęta z opaskami i ludność cywilna Warszawy, jest coraz więcej mogił na podwórkach, coraz ciaśniej w szpitalikach, ranni są i polegli także lekarze i sanitariuszki, szpitale są już tylko w piwnicach, zaczyna brakować wody w studniach, także, materiałów opatrunkowych i leków w podziemnych magazynach. Ludzie żyjący już niemal ciągle w piwnicach tu i ówdzie są mniej życzliwi biało-czerwonym opaskom na rękawach z literami AK. Sporadycznie, kilkakrotnie zaledwie, spotyka się opaski z literami AL – ma taką, ale w kieszeni, nasz kuzyn Edek, który przyszedł do nas na Wilczą z Powiśla. Zaczynają się choroby, okrutne, wyniszczające biegunki – brakuje leków przeciwko nim. Ciężko choruje ciocia Marysia i Lusia – nie ma ich czym poić. Wodę gotuje się chorym na płytach kuchennych na resztkach węgla, drzewie wydobywanym z ruin – ludzie zaczynają się waśnić! Zrzucono wreszcie broń, żywności mało – przyleciały z tym „kukuruźniki” nad miejsca oznaczone ogniami sygnalizacyjnymi na dachach. Wreszcie nadzieja – lecą Liberatory – ciężko dudnią nad oczekującym pomocy miastem. Niestety zrzuty z wysokości 5 tysięcy metrów trafiają w większości na tereny niemieckie. Zmieniają się nasze pozycje frontowe – tu ustępujemy, tam zdobywamy piędź ziemi warszawskiej. Na Żulińskiego ustępujący Niemcy zostawiają skrzynie z winem zatrutym arszenikiem – chłopcy piją i… giną! Wyzdrowiała Lusia i ciocia, nie wiadomo jak to się stało – chyba cudem – cieszymy się!

Kanałami przychodzą do nas z Mokotowa i ze Starówki – tam jest piekło, wraca Bogdan z Wilczej, potem jest ciężko ranny, krtań operuje mu profesor Loth, który wkrótce ginie. Wokół moich nóg padają ostre odłamki, jeden z nich rani Janka w twarz, niegroźnie na szczęście. Narzeczeni łączą się – przeżywamy ślub Konrada i Janiny, udziela go ksiądz w barze „Satyr”
– jesteśmy bardzo wzruszeni. Msze niedzielne są także w barze. Poruszamy się w kwartale ulic: Hoża, Poznańska, Żulińskiego, Marszałkowska. Najdalej chodzimy piwnicami, bramami i podwórzami do Placu Zbawiciela i Kruczą przez Aleje, Moniuszki, Złotą do Siennej – zazwyczaj prowadzi tu porucznik Żabka – tak to blisko, a tak bardzo daleko! Ryczą „krowy”, rozrywają się burząc i zapalając, działo kolejowe, ustawione na zwrotnych torach, zaczyna systematyczne niszczenie – nie wiadomo dokąd jutro skieruje swoje pociski.

Na Kruczej spotykam się z Dudą – nie pyta mnie teraz o tłumaczenie łacińskie, tak jak to było przez szkolne dwa lata – jest sanitariuszką na Powiślu u Kryski i Radosława – u nich jest bardzo ciężko! Codziennie są nowe pogłoski, codziennie ubywa ludzi, chorują ciężko, coraz większy jest i bardziej dotkliwy dramat walczącej Warszawy. Na Kruczej w kawiarence Forkasiewicza śpiewa dla nas Mieczysław Fogg i Lucyna Szczepańska, oboje z opaskami AK na rękawach: serce w plecaku, ukochana, ja wrócę, wróć do Sorento. Gdzie indziej grają Irena Dubiska i Jan Ekier – on oczywiście Etiudę Rewolucyjną i Poloneza As dur Szopena. Jutro już nie istnieje kawiarenka na Kruczej – rozsypała się na stertę gruzu. Pani Roma przeprasza mnie za to, iż miała mi za złe mój sceptycyzm odnośnie do postępów w naszej walce – jest coraz trudniej, coraz ciaśniej w sercu. Dyżuruję na kwaterze Majora oczekując meldunków i rozkazów, pomagam pani Romie, piszę na maszynie – smucimy s/ę obydwie! Patrzę na mundur, na dystynkcje wyższego oficera Wojska Polskiego, na orzełka z królewską koroną na furażerce… – jeszcze nie będziemy wolni!

Po gorącym sierpniu wrześniowe noce są już chłodniejsze, otrzymałyśmy ciepłe okrycie, jakieś obuwie, mamy plecaki, pilnujemy w nich naszego „dobytku”. Ostatnia dekada września – następna kwatera gdzieś na parterze, po wysokiej, na czwartym piętrze na Hożej, gdzie huśtał się od huku żyrandol, trzeba było „uchodzić”; przyniesiono tam wówczas do bramy zwęglonych ludzi – okropny widok!

Wreszcie – wobec morza ruin i zgliszcz, cmentarzy na wszystkich podwórkach i zieleńcach – pierwszego października przychodzi rozkaz – wiadomość: k a p i t u l a c j a! Ludność cywilna opuści miasto, my – nie! Wyprą nas czołgi lub przejadą! Czy to możliwe? Zostawiono nam wolny wybór: iść z cywilami do Pruszkowa, lub zostać tutaj w Warszawie, na jej ulicach na zawsze! No cóż – decydujemy się – zostajemy! Następnego ranka na szczęście zmiana rozkazu: wychodzą z miasta wszyscy – my jako wojsko do niewoli.

Wieczorem przyszła do nas pani Maria K.: „przegrana jest tylko pozorna – p o w s t a n i e s p e ł n i ł o s w o j ą w i e l k ą m i s j ę d z i e j o w ą – dziękuję wam za to w imieniu Dowództwa Armii Krajowej!”.

Chłopcy przynoszą z Pola Mokotowskiego ziemniaki – pierwsze od paru tygodni! Delektujemy się nimi i – zbieramy do opuszczenia ukochanego miasta. Mamy jednakowe szare płaszcze, prezentujemy się w nich nieźle, czyścimy brudne i zmięte opaski żołnierzy Armii Krajowej, przyszywamy je do płaszczy.

O świcie Msza polowa: „Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki otaczał blaskiem potęgi i chwały” – ocal ją teraz dla nas i dla dzieci naszych dzieci! Skrywane łzy i te płynące po twarzach strumieniem! O godzinie ósmej rano wyruszamy w zwartej kolumnie na punkt zdawania broni przy Chałubińskiego – idziemy Marszałkowską, przez Śniadeckich – tam otrzymuję od jakiejś pani egzemplarz Ewangelii św. Marka z błaganiem „proszę to mieć zawsze przy sobie, nie stanie się pani nic złego”. Rzeczywiście nie stało się: po ośmiu latach urodzony 1 sierpnia syn otrzymał na Chrzcie imię Marek! Kiedy dorósł przekazałam mu mój talizman. Na Śniadeckich pożegnałam się z ciocią Marysią.

Chłopcy zdali broń, robiono nam zdjęcia, podnosiłyśmy głowy patrząc Niemcom prosto w oczy – bez lęku, ale i nie bez dezaprobaty. Przez Szczęśliwice wiodła nasza droga do obozu w Ożarowie. Otoczeni szpalerem szaulisów, pozdrawiani i obdarowywani przez mieszkańców jedzeniem i piciem, około godziny szóstej wieczorem zobaczyliśmy cel naszego marszu: oparkanioną fabrykę „Kabel”. Stąd właśnie mieliśmy odjeżdżać ‚do niewoli”. Postanowiłyśmy podczas drogi ucieczkę z przed obozu pojedynczo i spotkanie rano w siedzibie RGO (Rady Głównej Opiekuńczej – jej zadania i cele były zbliżone do PCK). Zabrakło przy tym postanowieniu Elizy – odstąpiła od decyzji dalszego wspólnego z nami losu. Pani Roma ze względu na słabe zdrowie nie ryzykowała ucieczki. Janka i ja, korzystając z małego zamieszania na krótkim postoju i wieczornego zmierzchu pod pretekstem napicia się wody odłączyłyśmy się od grupy i przeszłyśmy przez przydrożny rów w głąb przyległego domostwa; przez podwórze, opłotkami zaprowadzono nas na miejsce bezpiecznego noclegu. Wszystkie pięć: Irka, Lusia, Baśka, Janeczka i ja odjechałyśmy rano do Łowicza i dalej, zgodnie z naszym planem, do Zakopanego do rodziców Irki i mamy Lusi.

Przy końcu października spotkałam się z ciocią Marysią, która opuściła Warszawę dzień później i przez Pruszków odjechała w kierunku Krakowa.

W październiku 1945 roku w dokumentach składanych na uczelnię w Łodzi, skrzętnie skrywałam moją powstańczą przeszłość i jakikolwiek związek z Warszawą, miejscem mojego urodzenia – przypadkowo. Także przez cały czas studiów nadsłuchiwałam ewentualnego „wydania” mnie, lub wydania się z moją przynależnością do Armii Krajowej, która to przynależność nie była żadnym specjalnym wyborem – była etosem Polaków okupacyjnej nocy – młodych i starszych.

Przed paroma laty była „akcja”: Krzyże Powstańcze – miałam otrzymać to odznaczenie. Przyszli do mnie panowie z dzielnicowego ZBOWIDu, prosili o opis działalności powstańczej – była przecież podana w życiorysie przy ankiecie. Nie mniej jednak coś tam napisałam, uzupełniłam
– zabrali. Konsekwencją jednak roku ’80, roku Solidarności, były lata represji ’82, ’83, aż po amnestię w roku ’84, która objęła moją najbliższą rodzinę.

Może za rok, dwa będzie w ZBOWIDzie następny „przydział” Krzyży Powstańca Warszawy? Może wówczas sięgnę po niego, jeśli będzie mi dawany, bo już na świecie moi Wnukowie. Aby Prawda i Polska – nie zginęła, nie tylko póki my żyjemy, ale nigdy.

Basia Chęcińska

Wrocław, jesień 1988 – wiosna 1992

© Alicja Pałysińska 1992

Opracowanie graficzne:

Marek i Ryszard Natusiewiczowie

dziewiąta pozycja wydawnictwa URBANISTYKA sp. z o.o.
ul. Szewska 31 m 8, 50-139 Wrocław, tel. (071) 325-20, Poland

Druk: Mała poligrafia Urbanistyka sp. z o.o.