Wspomnienia „Dudy”

Spis treści

I. Dzieciństwo

II. 1. września 1939 – 1. sierpnia 1944

III. Powstanie Warszawskie

IV. Z Pruszkowa – do Szkoły Teatralnej

W teatrach Warszawy i Wrocławia

VI. Małżeństwo z Tadeuszem

VII. Teatr, film i telewizję przesłania cień choroby

I. Dzieciństwo

Czasem wydaje mi się, że wystarczy tylko uchylić jakieś ukryte drzwi, żeby znaleźć się z powrotem w krainie dzieciństwa i w jedynym niepowtarzalnym miejscu na świecie, w którym się urodziłam. Miejsce właściwie było zwyczajne: dziewiętnastowieczna kamienica mojej babci – Franciszki Józefy Grzybowskiej, na ul. Żurawiej, opodal Poznańskiej. Mieszkanie od frontu na 1 piętrze, z balkonem i pelargoniami w skrzynkach. Pokoje: stołowy, salon, sypialnia, dziecinny i mojej babci.

Podwórko z suchotniczym drzewkiem i trzepakiem, na którym wolno było trzepać tylko do 11 godziny, a na którym mnie nie było wolno się bawić o żadnej godzinie. Siadywałam często w moim pokoiku w oknie, właśnie od podwórka i tu, przed moimi oczami odbywały się pierwsze przedstawienia, których byłam świadkiem. A więc: domokrążcy zachwalający swój towar z nieodzownym handlarzem śledziami: „uliki, uliki, słodkie jak malina”, „handełesowie” kupujący starzyznę, rzemieślnicy – „garnki lutuję”, akrobaci występujący na dywaniku, żonglerzy tykający ogień, aktorzy grający komedyjki z pomocą marionetek pokazywanych za parawanem. Bywały też całe orkiestry i śpiewacy sentymentalnych piosenek. Potem rzucało się na podwórko monetę owiniętą w papierek, dziękując w ten sposób artystom za wzruszenia.

Natomiast z balkonu w salonie rozciągał się widok, powiedziałabym bardziej oficjalny: cicha, sprzątnięta ulica Żurawia (wtedy ten odcinek nazywał się Tadeusza Żulińskiego), którą z rzadka przejeżdżał prywatny samochód budzący sensację – niewielu panów miało wtedy własne samochody – częściej taksówka, przeważnie dorożka z charakterystycznym stukotem podków o brukowaną kostką bazaltową jezdnię. Naprzeciwko, gdzie dzisiaj mieści się Dzielnicowa Rada Narodowa, podczas letnich wieczorów wychodzili na balkon na papierosa panowie pułkownicy i generałowie. Tu mieścił się Zarząd Główny byłego POW (Polskiej Organizacji Wojskowej). Czasem, ku mojej radości, mignęła sylwetka mego wuja i ojca chrzestnego – pułkownika Andrzeja Meyera, człowieka wyjątkowo prawego i wesołego – zginął parę lat później w Katyniu. Wuj Andrzej pochodził z Krakowa, jego matka była córką znanego malarza Pochwalskiego. Ojciec, człowiek bardzo majętny, wyposażył każdego z trzech synów idących na 1 wojnę światową w samochód, a wtedy znaczyło to tyle, co dziś helikopter. Przeszedł cały szlak Pierwszej Kadrowej (pierwsza organizacja Odrodzonego Wojska Polskiego), ożeniony z siostrą mojego ojca – Wandą, absolwentką Szkoły Sztuk Pięknych, mieszkał w Łazienkach jako adiutant marszałka Józefa Psudskiego, potem przydzielony do prezydenta Wojciechowskiego. Rodzice moi, mając taką protekcję spełnili swoje marzenia biorąc ślub w Łazienkowskiej Kaplicy Królewskiej.

Rodzina mojego ojca ze strony matki wywodziła się od legendarnego wojewody inflanckiego Jerzego Ferensbacha. I właśnie w Inflantach posiadała liczne dobra. Nadszedł rok 1863, kilkunastu potomków tego rodu chwyciło za broń. Po upadku Powstania majątki skonfiskowano a powstańców popędzono na Sybir. Wielu zginęło, ale dwóch braci zjawiło się na Podolu. Jeden z nich ożenił się z Julią Słowacką, córką Władysława, stryjecznego brata Juliusza Słowackiego. Jak głosi przekaz rodzinny, Władysław Słowacki – właściciel „Drennik”, też był obdarzony talentem poetyckim, ale bardzo złakniony romantyki i przygód.

Już jako człowiek żonaty, posiadający dwoje dzieci, zakochał się w pięknej żonie sąsiada, porwał ją, a następnie zabił w pojedynku jej męża, sam ratując się ucieczką za granicę. Podążał do swojego sławnego, stryjecznego brata – Juliusza Słowackiego do Paryża, gdzie przy jego pomocy zamierzał zrobić karierę. Niestety, śmierć poety pokrzyżowała jego plany. Powrócił do Brodów, które były jeszcze za granicą i tam, kiedy zabrakło środków do życia, popełnił samobójstwo. Osierocił żonę i dwoje dzieci. Sierotami zajęła się pani Becu – matka Juliusza Słowackiego, po którym wiele przedmiotów odziedziczyła Julia, babka mojej ciotki – Wandy Farensbach-Faszowicz. W mojej rodzinie było wiele pamiątek po Słowackim, w większości przekazanych przed wojną Muzeum Narodowemu.

Moja babka – baronówna Farensbach-Faszowicz wraz ze swoimi przyrodnimi siostrami Biskupskimi wychowywała się w majątku położonym nad rzeką Boh, nieopodal Żmerynki i Niemirowa. Odległości między majątkami wynosiły tam po kilkaset kilometrów. Młodzież płci męskiej na ogół kształciła się w wielkich miastach i rzadko na wieś wracała. Panny, w tym moja babcia, kończyły pensję w Odessie. Po powrocie do swoich włości, czekały na męża. Przeważnie trafiali się wdowcy o 40 lat starsi, o wadze grubo ponad 100 kg, obarczeni kilkanaściorgiem dzieci (żony w połogach umierały). Do obcinania tym szlachciurom paznokci u nóg podobno wzywano cyrulików – chirurgów. Babka i jej siostry, które już słyszały o procesie emancypacji kobiet w Anglii, (sprowadzały bowiem z zagranicy liczne książki i czasopisma), zbuntowały się. Pierwsza do Warszawy uciekła moja babcia. Postanowiła pracą zarobić na życie. Zapisała się na kursy kroju metodą Glodzińskiego dla panien ze szlacheckich rodzin, później została wykładowczynią. Był to na owe czasy czyn rewolucyjny. Niedługo jednak trwał. Babcia była przyzwyczajona do, łagodnie mówiąc dobrobytu, a posada nauczycielki robót ręcznych i kroju, nawet przy znajomości obcych języków i gry na fortepianie, nie była specjalnie honorowana – no i babcia wyszła za mąż, popełniając mezalians. Losy mego dziadka – Tomasza Damięckiego były tak zbieżne z losami Stanisława Wokulskiego, że czasem odnoszę wrażenie, iż Bolesław Prus musiał mieć z nim jakiś kontakt – przecież czasy były te same, a Warszawa była taka mała. Tyle tylko, że dziadek nie by kupcem, lecz przemysłowcem i ożenił się ze swoją „Izabelą”. Jednak w babci po szaleństwie emancypacji zawsze pozostał żal z powodu tego mezaliansu. Za babcią z Kresów ciągnęły jej przyrodnie siostry. Wybuchła wojna światowa, potem rewolucja – rodzina uciekała przed bolszewikami i tak wszyscy znaleźli się w Warszawie, a ich rodzinne strony zostały het, po tamtej stronie granicy. Przyjechali w przebraniach chłopskich z nielicznymi tylko pamiątkami – ile konik zaprzęgnięty do furmanki mógł udźwignąć. Trzeba było życie zaczynać od początku. Panny baronówny podjęły pracę biurową po różnych państwowych urzędach, rozglądały się za intratnymi mariażami. Dom moich dziadków na Nowogrodzkiej nr 28 był ostoją całej rodziny. Mieszkały w nim różne osoby – przyjezdne kuzynki, szukali wsparcia krewni poszkodowani przesunięciem granicy.

Ciołka Wanda bywała w Belwederze, na Zamku, zabierała tam swoją odszą siostrę – Zosię. Babcia skorzystała z kursów pana Glodzińskiego i obszywała swoje córki i ich koleżanki w wymyślne balowe toalety. Panny bawiły się,
bywały i wychodziły za m
ąż.

Młodsza Zosia została żona ziemianina, właściciela „Młodzianowa” w Ciechanowskim, Romana Młynarskiego, stryja Wojtka Młynarskiego, naszego znakomitego autora tekstów i piosenkarza. Czasy zaczynały się coraz cięższe.
Ojciec mój studiował na wydziale e
lektrycznym Politechniki Warszawskiej, jego młodszy brat Bohdan – architekturę. Fabryka musiała wyżywić wiele osób, sprawić. pannom posagi. Aż wreszcie po śmierci dziadka przeszła w ręce ojca. Po ślubie z moją matką moi rodzice zamieszkali na Żurawiej, gdzie też ja ujrzałam światło dzienne. W naszym mieszkaniu zamieszkiwała z nami moja niedołężna babka Franciszka Józefa ze swoją pielęgniarką, moja wychowawczyni i dwie służące. Matka moja, bardzo piękna kobieta, nie pracowała. Ubierała się u najlepszych krawców, nosiła najdroższe obuwie. Wakacje dzieliłam między Urle, gdzie z babcią, jej pielęgniarką i moją wychowawczynią mieszkałyśmy w pensjonatach „Zakopianka”, albo „Halszka” i Juratą, do której zabierała mnie mama rzadko widywana, ponieważ ze swoją przyjaciółką Ziutą, obracała się w „wielkim świecie” dansingów, wycieczek samochodowych i innych szaleństw. My dzieci pod opieka wychowawczyni bawiłyśmy się na plaży morskiej, budując zamki z piasku. Najmniej udawało się to synkowi Ziuty, Kaziowi, obecnemu prof. Jakubowiczowi.

Ze złości wysypywał mi kubełki piachu na głowę, a ja nie pozostawałam mu dłużna. Starałam się za wszelką cenę utopić niecnego Kazia. Wychowawczyni jednak nie bardzo się na to zgodziła i Kazio pozostał przy życiu, przynosząc zaszczyt medycynie. Ojciec mój Czesław Damięcki, nie miewał urlopów, przez 20 lat – najwyżej po 3 dni w roku. Trzeba było pilnować interesów. A te „interesy” jeżyły włosy na głowie. Były to przecież czasy kryzysu, trudnego pieniądza. Ciągle widmo weksli idących do protestu, niewypłacalności, a w końcu sekwestratora, licytacji i bankructwa. Zawsze bardzo martwiłam się, czy moje zabawki też – „w razie czego” – zostaną zajęte przez komornika.

Chodziłam do wspaniałej żeńskiej szkoły prywatnej im. Królewny Anny Wazówny zboru ewangelickiego. Uczęszczały tam dziewczęta z bardzo zamożnych domów, które musiały płacić wysokie czesne i bardzo biedne ewangeliczki, które nie płaciły nic. Chodziłyśmy wszystkie w jednakowych czarnych fartuszkach z białymi kołnierzykami, nie wolno było nosić pierścionków, ani żadnych ozdób. Dwa miesiące w ciągu roku spędzałyśmy w Banieszce. W niedzielę przyjeżdżali rodzice, przywozili słodycze, upominki, ale nie wolno im było wręczać tych podarunków
swoim córeczkom. Wszystko szło do wspólnej puli i sprawiedliwie było codziennie
przydzielane wszystkim dzieciom. Dlaczego o tym piszę? Bo niczego sobie nie zazdrościłyśmy, ani z ubrania, ani z przedmiotów codziennego użytku.

Jadałyśmy takie samo śniadanie, a na deser takie same porcje owoców i słodyczy. Uczyłyśmy się, że warunki materialne nie mogą wpływać na wartość człowieka, na przyjaźń i sympatię, że o wszystkim decydują tylko zalety osobiste. Uczyłyśmy się też tolerancji. W szkole reprezentowane były wszystkie możliwe w Polsce wyznania – nawet mahometańskie. Żadnej z nas nie przyszło do głowy, aby czyjś światopogląd mógł być powodem dyskryminacji Uczyłam się języków – z kiepskim zresztą rezultatem, gry na fortepianie, chodziłam dodatkowo na ćwiczenia fizyczne: plastykę i gimnastykę.

Rodzice przygotowywali mnie do życia w określonej sytuacji towarzyskiej, z aspiracjami wyższego wykształcenia, różnorodnych zainteresowań. W domu były kultywowane tendencje postępowe. Ojciec mój – wielbiciel Boya-Żeleńskiego, Słonimskiego, uczył mnie czytać na „Wiadomościach literackich”, które prenumerował. Był człowiekiem niezwykle światłym, postępowym, o wielkiej wiedzy. Teraz nie spotyka się takich ludzi, którzy łączyliby swobodnie wiedzę, zarówno z zakresu literatury i historii, jak i fizyki, gastronomii, chemii. Ojcu swemu zawdzięczam bardzo wiele – przede wszystkim zainteresowanie książką. Bardzo dużo czytał, miał wspaniałą bibliotekę i nauczył mnie z niej korzystać. Do tej pory wiem, że doki dane mi będzie czytać, nie będę czuła się samotna.

Drugą rozbudzoną pasją mojego dzieciństwa było kino. Na teatr byłam jeszcze za młoda. Do moich doświadczeń w tym względzie mogę zaliczyć tylko spektakl „Kościuszko pod Racławicami”, oglądany ze szkołą. Niestety, siedząc w ostatnim rzędzie, widziałam jedynie czubki pawich piór i kos postawionych na sztorc. Inna sprawa była z kinem. Większa część inteligencji nie uczęszczała na polskie filmy – były zbyt naiwne, pretensjonalne, schematyczne; mówiło się, że są robione pod gusty kucharek. Rodzice moi zawsze wybierali się późnym wieczorem do eleganckich kin, tzw. zero-ekranowych, na bardzo drogie filmy francuskie, amerykańskie. Były to przeważnie filmy niedozwolone dla młodzieży. Natomiast polskie były dozwolone i co najważniejsze, nie trzeba było czytać napisów. Chodziłam więc na nie w towarzystwie wychowawczyni na godz. 16 00 i siedziałyśmy do godz. 22.00, na trzech seansach. Miejsca byty wtedy nienumerowane i za cenę jednego biletu można było siedzieć do zamknięcia kina. I często tak siedziałyśmy. Wracałam spłakana po „Wrzosie”, „Znachorze” lub Trędowatej”. Im więcej płakałam, tym bardziej byłam usatysfakcjonowana. Uczyłam się dobrze, sytuacja materialna stabilizowała się. Ojciec myślał o przeniesieniu fabryki dalej poza Warszawę. Myślał o wybudowaniu dla nas willi. Wybuchła wojna. Ojciec był w 1 pułku lotniczym – dostał się do niewoli sowieckiej, potem z wymianą jeńców do niemieckiej.

II. 1. września 1939 – 1. sierpnia 1944

Okres oblężenia przeżyliśmy w Warszawie z całą rodziną. W pokoju frontowym urządzony byt schron przeciwgazowy, szyby w oknach zostały oklejone na krzyż paskami papieru, żeby nie popękały, ale przy pierwszej detonacji wszystkie wyleciały. Maski gazowe okazały się zbędne. Kamienica miała masę dziur od pocisków artyleryjskich i trzeba było ją remontować. Weszli Niemcy. Zaczęłam chodzić do szkoły, wkrótce trzeba było zejść z nauką do podziemia. Gimnazja zaczęły organizować prywatne komplety. Lekcje przeważnie odbywały się w naszym mieszkaniu. Pod koniec 40 roku ojciec uciekł z niewoli, powrócił do Warszawy i zajął się fabryką. Zaczęli przyjeżdżać z Gdyni i z terenów przyłączonych do Rzeszy nasi przyjaciele i członkowie rodziny. Dla wszystkich znalazła się praca w naszej firmie, a co najważniejsze papiery – karty pracy.

W roku 1942 zostałam zwerbowana do Wojskowej Służby Kobiet Armii Krajowej. Po zaprzysiężeniu przyjęłam pseudonim „Duda”, „Świder 362”. Świder to rzeka. Każda z nas w WSK miała przydzieloną rzekę. To był nasz kryptonim. Przechodziłyśmy przeszkolenia wojskowe, sanitarne, łącznościowe. Potem zostałam przydzielona jako sanitariuszka do I plutonu XXIV kompanii zgrupowania kapitana „Kryski”.

W maju 1944 roku zdałam na kompletach maturę Liceum Humanistycznego.

III. Powstanie Warszawskie

1 sierpnia wybuchło powstanie. Dom, fabryka atakowane były wprost przez siły niemieckie. Ja walczyłam na Czerniakowie. Na Czerniakowie miały miejsce jedne z najbardziej zaciętych walk w Powstaniu Warszawskim – o utrzymanie Przyczółka Czerniakowskiego. Tu przyjmowaliśmy od 15 września lądujące desanty I Armii WP stalinowskiego generała Berlinga, stąd staraliśmy się ewakuować rannych na prawy brzeg Wisty. Biliśmy się już nie o poszczególne domy, ale o piętra, izby, piwnice. W połowie września nasze pozycje ograniczały się tylko do kilku zrujnowanych posesji przy ul. Solec, do rogu Wilanowskiej, aż w końcu natarcie czołgów i pożar fabryki farb zepchnął naszą obronę do oficyny domu Solec 53. Ostatnia łódź z rannymi, również z ciężko rannym kapitanem „Kryską” odpłynęła na Pragę. Oddziały płk. Radosława zniknęły. Po powstaniu dowiedziałam się, że wycofały się kanałami na Mokotów. Zostaliśmy sami… Wiedzieliśmy, że nas do niewoli nie wezmą. Karne dywizje SS Dirlewangera i Reinefartha były wyjątkowo okrutne. Czekaliśmy na wejście Niemców. Przed nami była Wisła ostrzeliwana ze wszystkich stron, za nami pewna śmierć. Byliśmy głodni, bez wody, brudni, wycieńczeni, ranni i przerażeni, że nadszedł koniec. W dniu 23 września 1944 roku weszli. Był świt – szary, deszczowy. I nagle słowa – szybkie, niecierpliwe. Potem już po polsku – wychodzić, wychodzić!. Wyszłam z porucznikiem Szumskim. Na placu stał tłum spędzonej ludności cywilnej, rewidowanej i grabionej. Podszedł do nas jeden z SS-manów – „halt, Hände hoch” – wymierzył w nas lufę automatu i poprowadził pod mur zburzonego domu, gdzie już stał ksiądz „Rudy”, ubrany w sutannę, płaszcz, szalik i czapkę (chyba narciarkę). Miał wzniesione ręce – jakby nam błogosławił i wtedy przypomniałam sobie, jak poprzedniego dnia, kiedy nie było już nadziei, kiedy staraliśmy się znaleźć najbardziej nieprawdopodobne sposoby ocalenia – bo przecież byliśmy młodzi i chcieliśmy żyć – jak on do nas wtedy przemówił.

Powiedział, że musimy umrzeć, że tylko wybrańcy umierają młodo, że rzuciliśmy swe młode życie miedzy pożary i lufy czołgów, a twierdzą był nam każdy próg…, że po naszych ciałach z tamtego brzegu przyjdzie wolność, jesteśmy bowiem Termopilami Warszawy i możemy tylko skrwawioną ręką napisać na murze – „Przechodniu, idź, powiedz Warszawie, tu leżą jej syny, wierni jej do końca”.

Kiedy już zbliżaliśmy się pod ścianę, por. Szumski chcąc nas ratować krzyknął, że ma dolary – wtedy SS-man wygarnął do niego dwie serie z automatu w brzuch. Szumski zachwiał się, przewrócił i leżąc już zawołał: „Dajcie jeszcze jedną kulę w łeb!” I dostał…

Pamiętam, że po różnych incydentach i przegrupowaniach ludności cywilnej, przyprowadzono grupę AK-owców, w tym parę kobiet. Mężczyzn ustawiono w szereg i oddano do nich kilka serii – rannych dobijano w głowę. Dziewczęta zostały poprowadzone do fabryki farb. Potem, odchodząc, widziałam je powieszone. Niemcy zaczęli krzyczeć, żeby z nimi skończyć, więc SS-man podszedł do księdza i na tylnej ścianie domu 51 powiesił go na jego własnym szaliku… (w tym roku rozpoczął się proces beatyfikacyjny księdza „Rudego”.

W tym momencie zrobiło się zamieszanie, bo przyprowadzono ludność cywilną z dalszych okolic i kazano im kopać doły na ciała. Wówczas oprawca podszedł do mnie i kazał mi się odwrócić. Wszystko było już poza mną… „Nie!”-
powiedz
iałam – „strzelaj!” Spostrzegł na mojej szyi złoty krzyżyk (to był krzyżyk mojej matki – jeszcze od chrztu z 1903 roku) – wyciągnął rękę, chcąc go zerwać, ale ręka opadła… Odwrócił się, pogwizdując, a ja wolno, krok za krokiem, zaczęłam iść w stronę ludności cywilnej… Czekałam na strzał, prosiłam Boga, żeby w głowę, nie w kręgosłup, żeby nie spudłował… Przed sobą widziałam przerażone oczy ludzi, do których się zbliżałam. Dopiero, kiedy weszłam w zbitą masę ludzką, odwróciłam się. Niemiec patrzył za mną – gdy zdejmowałam AK-owską opaskę z ramienia – on ściągał buty z cholewami Szumskiemu, z jednej nogi zsunęła się do połowy jasna, długa skarpetka (rozpoznałam go pół roku później podczas ekshumacji zwłok). Dano rozkaz wymarszu. Na razie żyłam. W parę godzin później byłam już na Alei Szucha. Tam spotkałam kolegę, znakomitego strzelca, który zgłosił się na ochotnika do naszego oddziału podając się za spadochroniarza radzieckiego – był szpiegiem… On mnie dobrze znał. I poznał. To był dziwny człowiek, o dziwnej moralności – kolegów ze swego plutonu uważał za towarzyszy broni i ratował, a z tej samej kompanii, ale z innego plutonu – stawiał pod mur. Mnie ułatwił ucieczkę.

IV. Z Pruszkowa – do Szkoły Teatralnej

Potem był obóz w Pruszkowie, ukrywanie się; tak, bo istniała obawa, zostanie się rozeznanym i zadenuncjowanym. W końcu przy pomocy jednej lekarki zostałam przeniesiona do bloku dla chorych i stamtąd zwolniona do ambulatoryjnego leczenia w Podkowie Leśnej. Przypadek chciał, że tam co roku moi rodzice wynajmowali mieszkanie na lato. Wkrótce odnalazłam koleżankę z tego samego patrolu: Marysie Karwowską – obecnie dr Szostakowską i codziennie – ona z Otrębusów, ja z Podkowy Leśnej, pieszo, torami chodziłyśmy do pracy w Czerwonym Krzyżu w Milanówku. Po zdobyciu Warszawy zaczęto w PCK organizować ekipę wyjazdową. Matka naszej koleżanki Eli – pseudonim „Cygan”, poległej na Czerniakowie, prosiła nas o zaangażowanie się do wydziału grobownictwa i o odnalezienie ciała jej córki. W początkach lutego 1945 roku przyjechałyśmy do Warszawy. Na byłyh rogach byłych ulic witały nas afisze: „Pod sąd skrytobójców z AK i NSZ, pomocników Hitlera. Tak”.

Zgłosiłyśmy się na ul. Piękną do biura pani Jagi Boryty-Nowakowskiej (ja nie wiedziałam wtedy, że ona była aktorka – zaś ona, że ja nią będę). Warszawa była w gruzach, bez światła, wody – pusta, wymarła. Dopiero nieliczni mieszkańcy zaczęli do niej ściągać. Zaczęły się pojawiać gdzie nie gdzie napisy „Zupy” – one byty podstawą naszego wyżywienia.

Chodziłyśmy codziennie uzbrojone w młotek, świeczkę, zapałki oraz drewniane tabliczki PCK do przydzielonej nam dzielnicy, aby tam spisywać groby i niepochowane zwłoki, leżące na podwórzach i piwnicach zawalonych domów, pod
którymi mogli być ludzie. Nazywano nas w PCK „szperaczami”. Dane zebrane przez nas szły do kartoteki działu
pooszukiwania rodzin. Zaczęłyśmy naturalnie od Czerniakowa. Elę Kuleszankę – pseudonim „Cygan” poznałam po paznokciach i charakterystycznym podkoszulku pod mundurem niemieckim,

Warszawa była częściowo jeszcze zaminowana, zdarzało się, że mijałyśmy w bramie jakiegoś szabrownika i w chwilę potem połowa domu wylatywała w powietrze. Zdarzało się, że natrafialiśmy na niedawno zamordowanych i ograbionych ludzi. Wszędzie po piwnicach snuł się mdlący zapach zgnilizny i rozkładających się ciał. A droga wszędzie była daleka i wiodła przez spalone i zburzone dzielnice. „Robiłyśmy” oprócz Czerniakowa, Getto, Stare Miasto, Żoliborz, Bielany, Wolę. Może jeszcze coś, już nie pamiętam. Na wiosnę zaczęły się ekshumacje. Miastu groziła zaraza. Pokonywałyśmy codziennie po 20 km. Do tej pory każdy łachman leżący na ulicy przypomina mi ludzkie zwłoki.

W czasie okupacji śmierć czaiła się wokół, osaczała…Ciągle kogoś z przyjaciół, czy kolegów aresztowano, rozstrzeliwano, ktoś ginął bez wieści. Śmierć działała na wyobraźnię.

Każdej nocy każdy zatrzymujący się samochód spławiał, że biegłam do okna z przerażeniem, że to po mnie. W Powstaniu zetknęłam się z nią fizycznie, bo na moich rękach konali najbliżsi koledzy. A wreszcie sama stanęłam pod murem. Do Warszawy przyszłam, żeby pogrzebać swoich. I tu zobaczyłam śmierć w ostatnim stadium rozkładu, zgnilizny i zaduchu. Powinnam czuć wstręt – nie czułam.

Pracowałam potem w kartotece działu poszukiwania rodzin. Codziennie komunikowałam żonom, matkom, córkom – „Pani mąż nie żyje”. „Pani ojciec nie żyje”, Kiedyś zapytano mnie, czego się najwięcej lękam? Odpowiedziałam – uczucia strachu.

Wiedziała, że powinnam zacząć się uczyć, wybrać sobie jakiś zawód… Próbowałam studiować Akademię Nauk Politycznych, na Historii Sztuki. Nie dostała się na stomatologię… Wtedy często po zajęciach chodziłam do teatru na Zamoyskiego, sama w mróz, przez most Wysokowodny. Siedziałam w palcie, bo było bardzo zimno. Urzeczona…

Teatr to było jedyne miejsce, gdzie myślałam, że będę mogła wykrzyczeć wszystko, co było wtedy we mnie: rozpacz, zawód, strach i śmierć. Nie wykrzyczałam. Zostałam aktorką komediową.

W teatrach Warszawy i Wrocławia

Egzamin konkursowy do szkoły teatralnej zdawałam w 1947 roku. Byłam wtedy świeżo upieczona mężatką. Mężem moim został Lech Lorentowicz, późniejszy reżyser filmowy. Śmierć jego żony, tragicznie zamordowanej wraz z matką przez własowców na Kolonii Staszica podczas Powstania Warszawskiego, zostawiła trwały ślad w jego psychice. Byliśmy wtedy dwoje rozbitkami życiowymi. Staraliśmy się sobie pomóc. To właśnie Leszek – po przyjeździe do Warszawy złożył moje papiery w sekretariacie szkoły aktorskiej. Na 200 kandydatów przyjęto tylko dziesięć dziewcząt. Moimi profesorami byli: Aleksander Zelwerowicz, Jan i Jerzy Kreczmarowie, Maria i Edmund Wiercińscy, Zofia Małynicz i inni sezonowo podejmujący wykłady. Wkrótce szkoła zdobyła status akademicki. Ukochanego przez uczniów „Zelwera” zwolniono, a z Łodzi przyjechał Leon Schiller ze swoim ostatnim rocznikiem studentów, z którymi nas połączono. My od „Zelwera” czuliśmy się pokrzywdzeni, bo Schiller oczywiście faworyzował swoich uczniów, których lepiej znał. Po egzaminach końcowych i udziale w warsztacie teatralnym „Sawantek” Moliera znalazłam się w teatrze Ateneum. Budynek nie był jeszcze całkowicie zbudowany, więc całą grupą młodzieży wyjechaliśmy na pół roku do Szczecina. Po przyjeździe rozpoczęliśmy próby „Interwencji” Sławina w reżyserii naszego kierownika artystycznego, Ludwika René.

Był rok 1951. Czasy stalinowskie. Próby odbywały się przezł roku dwa razy dziennie i wszyscy aktorzy musieli brać w nich udział. Niezależnie od tego, czy byli w nich obsadzeni, czy nie. Musieliśmy pisać długie życiorysy granych przez siebie postaci do momentu rozpoczęcia akcji scenicznych, rozgrywać liczne etiudy, wymyślane przez nas i przez reżysera na temat możliwości, które dawał tekst zawarły w sztuce. Grając w dublurze z koleżanka główna rolę kobieca, po czterech miesiącach tych dubeltowych prób byłam tak skołowana i udręczona, że zrzekłam się grania. Zresztą nie żałowałam tego, bo sztuka, mimo niezawodnych recept metodologicznych i szumnej premiery okazała się fiaskiem. W naszym młodzieżowym teatrze panował socrealizm. Zorientowałam się, że moje warunki zewnętrzne, jak i osobowość nie nadają się do sztuki typu „Chwasty”. Skorzystałam więc z propozycji Marii i Edmunda Wiercińskich, którzy byli moimi profesorami i wyjechałam do Wrocławia. Wrocław był jeszcze wówczas miastem zburzonym. Chodziło się więc środkiem ulicy. Stada szczurów grasowały po stertach nie wywiezionych śmieci. Zakwaterowano mnie i mojego przyjaciela, Bena Michalskiego, z którym przyjechałam w podejrzanym, przedwojennym hoteliku przy Dworcu Głównym, na ulicy Stawowej 11. Front był zburzony, w ocalałej oficynie znajdowały się umeblowane pokoje, do których wchodziło się z korytarza zaopatrzonego w zlew. Na półpiętrach były rozmieszczone zapchane ubikacje z powyłamywanymi klamkami. Lokatorami byli częściowo aktorzy, częściowo złodzieje i prostytutki. Oszołomieni tymi „luksusami”, odpędzając szczury i przedzierając się przez odgruzowywane ulice, dotarliśmy do Teatru Polskiego.

Weszliśmy na widownię, na scenie próbowano „Skąpca” Moliera. Nagle znaleźliśmy się w innym świecie. Pięknie odnowiona widownia na tysiąc miejsc. Dekoracje i kostiumy czarowne, aktorzy znakomici. Była to jakaś oaza wśród tego spalonego, ciemnego miasta – wyspa, którą zamieszkiwali wspaniali ludzie i artyści. Okres ten wspominam z wielkim sentymentem. Przez cztery lata zagrałam tam wiele świetnych ról w reżyserii Wiliama Horzycy, Jakuba Rotbauma, Romana Sykały, Czesława Staszewskiego, w scenografii Jadwigi Przeradzkiej i prof. Jędrzejowskiego. Grałam w „Mężu i żonie” Fredry, w „Angolo – Tyran z Padwy” Wiktora Hugo, w „Tragedii Amerykańskiej” Dreisserra, w „Cieniach” Sołtykowa Szczedrina w towarzystwie Igora Przegrodzkiego, Artura Młodnickiego, Stanisława Igara, Ignacego Machowskiego, Józefa Pierackiego. Co dwa miesiące odbywałam premierę w głównej roli kobiecej. Poznałam wielu ciekawych ludzi, zawarłam trwale przyjaźnie, m.in. z prof. Romanem Kaletą, wybitnym znawcą Oświecenia. Przez cały jednak czas mieszkałam na Stawowej, ze szczurami. Kąpałam się w teatralnej pralni. Zresztą w tych czasach nie mieszkało się, a raczej nocowało. Czas między próbą, a spektaklem spędzało się w jedynej wtedy kawiarni „Teatralnej”, a obiad jadało w restauracji (kotlet schabowy kosztował 4.20 zł). Po stroje chodziło się na ciuchy. Moim głównym doradcą w tej dziedzinie był Igor Przegrodzki, który potrafił wytargować piękna kieckę za 50 zł. Znały nas tam i wszystkie przekupki. Często dawały ciuchy bez pieniędzy, na słowo. Nie było wtedy telewizji, na ekranach królował film „Świniarka i pastuch”, więc powodzenie na widowni teatralnej było ogromne. Zapełniali ja przesiedleńcy ze Lwowa i Wilna – publiczność tradycyjnie związana z teatrem. Filmów polskich kręcono jeszcze niewiele. Cykl produkcyjny był bardzo długi. Do najmniejszej nawet roli jeździło się na próbne zdjęcia, jak np. do roli Wajszycowej w „Gwieździe Frygijskiej”. Każda premiera polskiego filmu była wtedy wielkim wydarzeniem kulturalnym. Pewnego razu na ścianie kina „Śląsk” wywieszono olbrzymią reklamę filmu „Pokolenie”. Było to powiększone do olbrzymich rozmiarów zdjęcie młodego chłopca z pistoletem. Długo się temu przyglądałam. Kiedy film wszedł na ekrany, natychmiast zdobyłam bilet i poszłam. Chłopcem reklamującym „Pokolenie” był Tadeusz Janczar – byłam nim oczarowana i wzruszona, chociaż sam film nie bardzo mi się podobał. Jako były żołnierz AK widziałam w nim tendencyjność i częste rozmijanie się z prawdą historyczną, co nie przeszkadzało, że rolę Janczara uznałam za kreację. Byłam wtedy w takiej formie artystycznej, że dostawałam liczne propozycje z różnych teatrów. Ale nie kwapiłam się do nich, bo we Wrocławiu było mi dobrze. Pewnego razu przyjechał nasz kolega Staszek Bugajski, który objął kierownictwo Teatru Młodej Warszawy i oprócz sceny przy ul. Marszałkowskiej 8, dawnych „Rozmaitości”, otrzymał drugą – w Pałacu Kultury, tam, gdzie obecne „Studio”. Chciał powiększyć zespół i szukał odpowiednich aktorów. Pamiętam ten dzień w kawiarni „Teatralnej”, kiedy beznamiętnie słuchałam jego obietnic artystycznych i mieszkaniowych. W końcu spytałam od niechcenia o członków zespołu artystycznego. Staszek wyciągnął listę i zaczął czytać nazwiska. Kiedy doszedł do Janczara, powiedziałam – „jadę”. Chciał czytać dalej, ale ja powiedziałam – „nie trzeba. Jadę !”

To dziwne, ale w Warszawie zagraliśmy pierwszy i ostatni raz w Pałacu Kultury w sztuce „Don Cezar de Basan” parę amantów: ja uliczną tancerkę i pieśniarkę Maritanę, on – Don Cezara, nieugiętego obrońcę sprawiedliwości. Braliśmy wtedy ślub na scenie w 1956 roku, a w 1958 wzięliśmy ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego naprawdę. Świadkiem na nim był ów towarzysz nadmorskich zabaw w piachu, niecny Kazio – prof. Jakubowicz. Po wczesnym obiedzie, który odbył się u moich rodziców, wyjechaliśmy do Łodzi, do Grand Hotelu – na drugi dzień rano Tadzio musiał się już stawić na planie filmu „Pożegnania” w reżyserii Wojciecha Hasa, wg powieści Stanisława Dygata.

Dla Tadeusza Janczara był to szczytowy okres pracy artystycznej – „Piątka z ulicy Barskiej” Forda, „Pokolenie” i „Kanał” Wajdy… Wiem, że liczył na „Popiół i diament”, ponieważ rolę tę kreował w radiu i bardzo się podobał w niej Andrzejewskiemu. Niestety, kto inny umarł na wysypisku śmieci – znakomity Cybulski. Mój mąż nigdy nie był człowiekiem zawistnym. Serdecznie gratulował sukcesu Zbyszkowi. Jednak jestem przekonana, że rola ta była także i jemu bliska.

VI. Małżeństwo z Tadeuszem

Tadeusz Janczar urodził się w rodzinie wojskowej. Młodość spędził w Rembertowie. W roku 1939 ojciec jego został pod Oszmianą rozstrzelany. Matka z siostrą i Tadziem po wrześniowej ucieczce powróciły do Rembertowa. Siedemnastoletnia siostra źle zniosła trudy tułaczki i w roku 1940 zmarła na gruźlicę. Tadzio uczył się i pracował fizycznie w fabryce zabawek na Pradze. Jako żołnierz Armii Krajowej miał przydział według zamieszkania, na prawym brzegu Wisły. Do powstania jego oddział nie dotarł. Kiedy do Rembertowa wkroczyła I Armia, Tadeusz zgłosił się do II Dywizji Piechoty im. Jarosława Dąbrowskiego. Przeszedł z nią szlak bojowy Warszawa – Berlin. Jeszcze w czasie działań wojennych został przydzielony do formującego się w dywizji teatru. A już po wojnie, jako oficer wojska polskiego, występował w Centralnym Domu Żołnierza i jeszcze przed zdemobilizowaniem w roku 1945 ułatwiono mu wstąpienie do istniejącej w Warszawie Miejskiej Szkoły Aktorskiej, której dyrektorem był Janusz Strachocki. Po dwóch latach studiów złożył egzamin eksternistyczny w Łodzi i z całą grupą studentów od Strachockiego wyjechał do Olsztyna, gdzie w teatrze im. Stefana Jaracza rozpoczął pracę zawodową. Potem był Teatr Adwentowicza w Łodzi, a następnie w roku 1948 Teatr Rozmaitości w Warszawie pod dyrekcją Dobiesława Damięckiego, prezesa naszego związku. W tym teatrze, dzieląc koleje jego losu, zmiany na kierowniczych stanowiskach i zmieniające się nazwy sceny, przepracował 11 lat. I tam właśnie spotkaliśmy się. Tadeusz na tej scenie zaliczył wiele pięknych ról – jak: „Mazepa” – w towarzystwie Jerzego Leszczyńskiego w roli króla, „Legenda o miłości”, „Brat marnotrawny”. Ja występowałam w tym teatrze tylko dwa sezony, lecz jakże pracowite. Miałam wtedy takie miesiące, gdzie jednego dnia rano próbowałam w „Skizie” u boku Ireny Eichlerówny i Andrzeja Boguckiego, po południu na scenie teatru Pałacu Kultury, grając w „Odprawie posłów greckich” i Annę w „Warszawiance” z Januszem Strachockim i w jego reżyserii, a wieczorem na scenie Teatru Rozmaitości, kreując główną rolę w sztuce Agaty Christie „Diabeł na plebani” w reżyserii Jana Kulczyńskiego. Trzy przedstawienia i próby – i to wszystko za gołą gażę, bo nie było wtedy norm. Kiedy Wiliam Horzyca objął dyrekcję Teatru Narodowego, zaproponował mi współpracę. Znaliśmy się jeszcze z Wrocławia. Z wielkim sentymentem wspominam Harfiarkę w „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego w jego reżyserii oraz spektakl „Za kulisami” Norwida, gdzie grałam Egineę w „Tyrleju” i pazia mówiącego piękne wiersze. Niestety, realizacji tej Horzyca nie dokończył. Pamiętam, że na próbie chciałam jeszcze powtórzyć swoją scenę, ale on czuł się już zmęczony. – „To w poniedziałek” – powiedział. W poniedziałek już nie żył. Sztukę kończyła Marynia Broniewska. Na tej scenie grałam jeszcze w „Księciu Homburgu” w reżyserii Horzycy, Dyannę w „Fantazym” ze wspaniałym Kurnakowiczem w roli majora i parę innych ról, ale nie wspominam ich już tak ciepło. Zresztą Dyanna była zastępstwem. Od roku 1960 znalazłam się w zespole Teatru Powszedniego u pani Ireny Babel. Rok wcześniej zaangażował się tam Tadeusz, chcieliśmy być razem. Graliśmy w takich sztukach, jak m.in. „Głupiec i inni”, „Skandal w Hellbergu” Broszkiewicza, „Szachy” Grochowiaka, „Kupiec” Plauta. Ja grałam w „Trzech muszkieterach” rolę Milady de Winter, on Orfeusza w „Eurydyce” z Zofią Kucówną. Tadeusz jeździł wtedy na plany filmowe, grał główne role w „Nafcie”, w „Dziewczynie z dobrego domu”, w „Znakach na drodze”, w „Prawdzie w oczy”, znacząca rolę u Wajdy w „Krajobrazie po bitwie”. W styczniu 1963 roku kierownictwo teatru objął Adam Hanuszkiewicz. Tadeusz znał go jeszcze z czasów „Rozmaitości”, ja grałam z nim w „Zmartwychwstaniu” Tołstoja w jego reżyserii. Zaczął swoja dyrekcje premierą „Dla miłego grosza” Korzeniewskiego. Z Tadeuszem i sobą w rolach głównych.

VII. Teatr, film i telewizję przesłania cień choroby

W tym okresie po raz pierwszy zaczęło się z moim mężem dziać coś niedobrego. Zawsze wesoły, bezkonfliktowy, pełen temperamentu – stał się nagle zamyślony, smutny, małomówny; cierpiał na bezsenność. Stopniowo ogarniał go lęk – bał się wychodzić na scenę. Robił to z nadludzkim wysiłkiem, ale widownia nie orientowała się w jego stanie, nawet ja – stojąc za kulisami, kiedy grał – widziałam dawnego, zdrowego Tadka. Kiedy kończył rolę, wychodził do garderoby przerażony, załamany psychicznie. Od tego czasu zaczęły się nasze kłopoty i walka… Walka o zdrowie, a właściwie o życie Tadeusza, o życie w sztuce także.

Miesiącami przebywał w szpitalu, najpierw w ponurym Pruszkowie, w pokoju bez klamek, z kratami w oknach, potem w Instytucie Psychoneurologicznym. Smutny to był okres; wiosna, słońce, ludzie szykujący samochody na weekendy i nasze spotkania w mrocznych korytarzach szpitalnych. Ale przychodził taki moment, że nagle, z dnia na dzień kończyła się depresja i Tadek jakby wracał z dalekiej podróży. Od razu szedł do radia nagrywać Matysiaków, w których od 30 lat kreuje rolę Staśka. Zabierał się do pracy szybko, gorączkowo – jakby chciał nadrobić stracony czas. Był chyba najlepszym Jaśkiem w „Weselu” Hanuszkiewicza, a potem Czepcem w powtórzonej przez Adama, już nieco odmiennej inscenizacji. Był to wspaniały okres Teatru Powszechnego. Przedstawienia dyskusyjne, ale jakże żywe, pełne pasji, dowcipu. Z „Weselem”, w którym grałam rolę radczyni, objechaliśmy prawie wszystkie stolice europejskie. Bliska mi była także realizacja „Kolumbów”. Adaptacja powieści Bratnego powstała dzięki mojej inicjatywie w momencie, kiedy zapaliło się światło dla Żołnierzy Armii Krajowej. Grałam tam maleńką rólkę – nigdy nie wychodziłam do ukłonów. Stałam sama w opustoszałych nagle kulisach i słuchając huraganu braw rozentuzjazmowanej publiczności myślałam o tych „moich z Czerniakowa”, co nie doczekali. To dla Was, dla Was te brawa.

Są role, które nie tylko ze względu na ciężar gatunkowy, ale również z powodu atmosfery koleżeńskiej zapadają aktorowi w pamięć na cale życie. Do takich zaliczam rolę Laury w „Przedwiośniu” w reżyserii Hanuszkiewicza, z nim samym w roli Cezarego; rolę żony w „Ich czworo”, w bardzo uwspółcześnionej realizacji i również w jego reżyserii; urocze przedstawienie „Damy i huzary”, gdzie graliśmy oboje z mężem. W teatrze panowały stosunki iście rodzinne. Wspólne obiady w bufecie, prywatne kolacyjki w atmosferze dyskusji, często bardzo zacietrzewionych. Przez cały ten okres, a i później po fuzji z Teatrem Narodowym, w sumie przez 20 lat piastowałam funkcję przewodniczącej rady zakładowej. Niezależnie od tego przez wiele kadencji byłam członkiem Zarządu Głównego i Prezydium Okręgu Związku Zawodowego Pracowników Kultury i Sztuki. Byłam też prezesem sekcji teatralnej tego związku. Wspominając ten okres mojej działalności często zdumiewam się rozległym zakresem naszych zainteresowań jako rady. Sprawy wczasów, sanatoriów, mieszkań dla pracowników, awansów, przeszeregowań, zapomóg, pożyczek, podwyżek, zwolnień, opieki nad emerytami, współpraca ze szpitalem Praskim, urządzanie przyjęć dla kolegów z Teatru Miejskiego na Pradze, z którym mieliśmy stałą wymianę międzyteatralną i zdobywanie na ten cel pieniędzy, obchody różnych uroczystości, choinka dla dzieci, a przecież nie było wtedy pracownika socjalnego, który etatowo zajmowałby się tymi sprawami. Wszystkie one wykonywane były społecznie z prowadzeniem rozlicznej korespondencji, z audiencjami w Ministerstwie Kultury i Sztuki, w Radzie Narodowej oraz w innych urzędach. Wielu kolegom udało się załatwić mieszkania. Wiele interwencji odniosło skutek. Teatr traktowaliśmy niezmiernie osobiście, jak własny dom. Duża w tym była zasługa Adama Hanuszkiewicza, który nie stwarzał dystansu i bardzo szedł ludziom na rękę. Naturalnie zdarzały się rozbieżności zdań i nieporozumienia, ale jak w rodzinie rozładowywane były w obopólnej życzliwości.

Praca w teatrze, ta artystyczna i społeczna, wypełniała mi właściwie czas bez reszty. Ale przecież grałam jeszcze w telewizji. Udało mi się właściwie tam – na małym ekranie, zrealizować marzenie mojego życia. Może to śmieszne, ale bardzo chciałam zagrać Helenę w „Lekkomyślnej siostrze” i zagrałam, w reżyserii Krystyny Meissner. Tadeusz też dużo grał w telewizji. Najbardziej chyba utkwił mi w pamięci w „Uśmiechu losu” Perzyńskiego, w słynnej roli Jaracza i w „Relacjach” w reżyserii Jerzego Wójcika z Magdą Teresą Wójcik, sztuce opartej na autentycznych przeżyciach powstaniowych sanitariuszki pseud. „Blondynka”. Za kulisy Teatru Powszechnego często wtedy przychodził syn mego męża z pierwszego małżeństwa – Krzysztof Janczar – obserwował przedstawienia, wdawał się na korytarzu w rozmowy, przesiadywał w garderobach aktorskich. Któregoś dnia, na ślizgawce zobaczył go asystent Jerzego Gruzy. Zaproponował mu rolę Pawła w serialu telewizyjnym „Wojna domowa”. Nomen omen – oprócz wielkiej popularności, przysporzyła ona jemu i nam wiele kłopotów ze szkołą, z zakochanymi panienkami, a nawet szantażystkami i prokuratorem. Krzysiek uparł się, żeby zostać aktorem. Zdał egzamin do PWST w Łodzi i został przyjęty. Po dyplomie znalazł się w Jeleniej Górze, gdzie zagrał Konrada w „Wyzwoleniu”, a potem w Teatrze Narodowym, gdzie m.in. grał Trollusa w „Trollusie i Kressydzie” w reżyserii Marka Grzesińskiego. Jednak największą jego pasją był film, za główna rolę w „Nie zaznasz spokoju” dostał nagrodę na festiwalu w Gdańsku. Obecnie jest w Los Angeles. Ma agenta i czeka na swoją szansę. Bardzo ciężko pracuje, bo z filmu, w którym od czasu do czasu gra, nie sposób byłoby się utrzymać. Występuje też w „Szewcach” Witkacego”. Myśli o powrocie, ale ciągle jeszcze czeka na tę swoją „szczęśliwa kartę”.

Nadszedł niespokojny rok 1968, przełomowy dla Teatru Powszechnego. Od stycznia 1969 roku nastąpiła fuzja z Teatrem Narodowym. Budynek Powszechnego miał być w niedługim czasie poddany przebudowie. Dla naszego zespołu był to wyjątkowy okres. Wobec kolegów z Teatru Narodowego czuliśmy się intruzami. Dyrekcję obu scen objął Adam Hanuszkiewicz. Dyr. Dejmek odszedł, a wraz z nim plejada znakomitych aktorów. Z początku przenosiliśmy na duża scenę takie pozycje Teatru Powszechnego, jak „Wesele”, „Wyzwolenie”, „Damy i huzary”, żeby zapewnić scenie „Narodowej” funkcjonowanie. Pierwsza premiera nowego kierownictwa była „Nie-Boska Komedia” w reżyserii Hanuszkiewicza. Brały w niej udział połączone zespoły obu teatrów i właśnie w toku tej realizacji nastąpiła konsolidacja koleżeńska. Jednak w niedługim czasie, kiedy już budowlani weszli na teren Teatru Powszechnego, oba zespoły zaczęły się po prostu dusić na jednej scenie, a aktorów wciąż przybywało, bo angażowano ich z różnych stron Polski. Doszliśmy do stanu osobowego około 130 osób. Wtedy to zaczęto myśleć o zdobyciu drugiej sceny. Ale jak? Przecież żadnej wolnej nie było. Oglądaliśmy z dyrektorem Kazimierskim różne sale w domach kultury i w kinach, ale ze względu na brak zaplecza żadna się nic nadawała. W końcu jednak i poszukiwania i wyobraźnia dały rezultaty – było to miejsce pod kinem „Relax”, przeznaczone na nocny lokal. I tak w roku 1973 powstał dzięki poparciu władz Teatr Mały, najbardziej nowoczesna scena Warszawy, ciesząca się u publiczności ogromnym powodzeniem. W „Zabawie w koty” u boku Ireny Eichlerówny grałam blisko 450 razy, w „Kartotece” Różewicza w reżyserii Tadeusza Minca około 250 razy. Ale rekord pobiło „Białe małżeństwo”, również Różewicza, w reżyserii Minca, grane bez przerwy 8 lat. Ten okres, blisko 10-cio letni, charakteryzował się dla nas pewną stabilnością. Tadeuszowi los podarował na jakiś czas przerwę w chorobie. Brał udział w licznych spektaklach. Dla mnie niezapomniany był w „Janie Macieju Karolu Wścieklicy” Witkacego, w „Jak wam się podoba?” (jako Jakub), w „Panu Tadeuszu” (jako Gerwazy). Spędzaliśmy wtedy coroczne urlopy w Jugosławii – były to nasze najpiękniejsze wakacje w życiu. Myślę, że wspomnienie jego rozsłonecznionego błękitu morza obmywającego rozgrzaną biel skal zabiorę pod powiekami daleko… Może na drogę wieczności…

Przyszedł czas zmiany warty pokoleniowej. Odeszli od nas moi rodzice, matka Tadeusza, zaprzyjaźnione koleżanki i koledzy z teatru. Pogrzeby, wieńce – pamiątki po nich skrzętnie ustawiane. Każdy przedmiot w naszym domu kogoś przypomina, jest związany ze wspomnieniami o kimś drogim. Odchodzili w pośpiechu, jakby przewidywali nadchodzącą burzę, której świadkami nie chcieli już być.

Nadszedł rok 1980 – dla teatru okres wiecowania, krytycyzmu dla minionych stosunków, ale i moc pomysłów i nadziei. To dziwne, ale w kolejach losu Teatru Narodowego jak w lustrze odbiją się losy polityczne naszej ojczyzny. Ogłoszono stan wojenny, zawieszono czasowo działalność teatrów. Potem z wysiłkiem, często okrężną drogą i na piechotę – bo teren obstawiony był przez służby porządkowe, a na ulicach niespokojnie, docieraliśmy na przedstawienia, po których bardzo trzeba było się śpieszyć do domu z powodu obowiązującej godziny policyjnej. „Inter arma silent musae” – w stanie wojennym frekwencja na widownia zmalała, niektóre przedstawienia musiały zejść z afisza. Krytykę przestały interesować zagadnienia teatralne, a ludziom teatru odechciało się pracy w nim. Wszystkim nam wtedy opadały ręce. Co tu grać? Kogo to obchodzi? Ludzie biegają po mieście w poszukiwaniu żywności. Kto przyjdzie do teatru? Nasza twórczość okazała się bezsensowna i bezużyteczna.

Zmieniła się dyrekcja. W 1981 roku kierownictwo teatru objął Jerzy Krasowski i Krystyna Skuszanka. Zaczęliśmy nowy etap „Zwolonem” Norwida w reżyserii Skuszanki, gdzie grałam rolę królowej. Potem Tadeusz zagrał Miechodmucha w „Krakowiakach i Góralach” i … wróciła jego straszna choroba. Jeszcze była rola szewca w „Czarującej szewcowej” w Teatrze Małym i tak zaczął się początek jego 5-letniego milczenia zawodowego. Zespół teatru znów uległ zmianie, wielu kolegów młodszego pokolenia odeszło, przyszli nowi. W marcu 1985 roku w Teatrze Narodowym podczas próby sztuki Calderona „Życie snem” nawierzchnia sceny nagle uniosła się w płomieniach. Wybuchł pożar. Byłam wtedy w bufecie, kiedy z Intercomu usłyszałam przeraźliwy krzyk: „uciekajcie, pali się” Myśleliśmy, że ktoś robi kiepski żart, ale już za chwilę ukazały się kłęby czarno-żółtego, gryzącego dymu. Zbiegłam z 3-go piętra, zakrywając twarz futrem, niektórych kolegów z pracowni rozmieszczonych na tym piętrze trzeba było ściągać z okien przy pomocy straży pożarnej. Spaliła się scena, widownia, garderoba, cały pion kulis. Wszczęto dochodzenie. Wszyscy, którzy znajdowali się na terenie teatru, byli przesłuchiwani. Panowało dominujące poczucie krzywdy, bezradności, bo dla aktora teatr, to więcej niż dom. I znowu poszukiwania miejsca do grania, ale takiego, które mogłoby być dostępne od razu, bez przebudowy. Nasze kierownictwo wraz z władzami zdecydowało się na fuzję, tym razem z „Teatrem na Woli”. Życie w teatrze zaczęło się normalizować. Premiera goni premierę. Wszyscy są zatrudnieni – pracują. Domeną mojej pracy jest jak dotąd Teatr Mały. Tam w ostatnich latach zagrałam w „Procesie” Kafki oraz w komedii Artura Swinarskiego „Achilles i panny” rolę Słony. Grałam też w dwuosobowej sztuce Bordowicza „Non stop” z Bohdaną Majdą, w „Fizykach” Dürrenmatta z Ireną Eichlerówną, w „Panu Puntili” Brechta, ostatnio tytułową rolę w „Żannie”. Były też role filmowe: ciotki w „Lubię nietoperze” w reżyserii Grzegorza Warchoła i babci w „Koglu moglu” w reżyserii Załuskiego.

Tadeusz Janczar po wieloletniej nieobecności w zawodzie nagle wrócił. Znowu uśmiechnięty, życzliwy, pełen energii. Czy na długo zostanie z nami? A życie toczy się dalej…

Małgorzata Lorentowicz

Warszawa. 21.07.1988 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *